Ten rozdział dedykuję mojej nauczycielce polskiego, pani Okońskiej, którą bardzo lubię i bardzo bym chciała, by czytała mojego bloga. Bardzo dziękuję też moim przyjaciółkom, zwłaszcza Gosi i Mary, które twierdzą, że jestem wariatką i mówią "Emilia, twój mąż jest głupi, brzydki i nie myje głowy. Przestań się w nim bujać!". Dziękuję im, ponieważ zrozumiałam przez to, jak ważne jest to, żeby mieć własne zdanie i nie zmieniać go ze względu na wszystko. Dziękuję też Kasi. Kiedy zapytałam ją, w którym domu powinnam być stwierdziła "W Slytherinie, ponieważ nikt nie kocha Snape'a bardziej niż ty.", choć miałam nadzieję, że powie o Gryffindorze. And now: last but not least, czyli dziękuję też Klarze, która zachwala desery mojej mamy.
Ja i Luna poszłyśmy na lekcję eliksirów. Usiadłyśmy w trzeciej ławce. Kiedy Snape wchodził do sali, jego peleryna łopotała za nim jak skrzydła nietoperza.
To tak pięknie i romantycznie wygląda. Czy ktoś widział równie przystojną osobę? Zaraz potem rozpoczęło się przepytywanie. Odpowiadałam jako szósta.
-Jaki jest najważniejszy składnik w eliksirze Wiggenowym?
-W eliksirach wszystkie składniki są równie ważne. Jednakże poprawną odpowiedzią na pańskie pytanie będzie kora drzewa Wiggen.
Postanowiłam dowiedzieć się co o mnie myśli. Trochę legilimencji nie zaszkodzi.
'Głupia szlama będzie mi się tu wymądrzać.' Postanowiłam uciąć sobie z nim telepatyczną pogawędkę.
-
Ja jestem czarownicą czystej krwi z przeczystego rodu Black'ów. Nie życzę sobie, by o mnie źle mówiono.-odpowiedziałam mu i w takim tępię jak on wpada na lekcję, ja wyszłam z sali.
-Masz szlaban u mnie o 19.00!-zdążył wykrzyknąć
-Luna patrzyła na moje wyjście z podziwem.
O matko! Szlaban! Tym razem zachowam się poprawnie i z godnością jak na czarownicę przystało. Zmieniłam wygląd włosów na taki, jaki miała Luna. Zawsze uważałam, że jest śliczna. Korytarzem przechodził Malfoy ze swoimi gorylami.
-Słyszeliście, że Voldemort kazał wujowi Snape wykraść miecz Gryffindora i go przynieść?
Malfoy też jest zabójczo przystojny. I taki...Z przemyśleń wyrwał mnie jego głos.
-O patrzcie! Szlama zmieniająca domy!
-Wyobraź sobie, że nie szlama, tylko pełnokrwista czarownica, ze starożytnego rodu Black'ów.-poszłam sobie
Kilka godzin później poszłam porozmawiać z Jęczącą Martą. Ja jedyna ją lubiłam. Wcale nie uważałam, że jest brzydka, nawet przeciwnie, uważałam ją za ładną.
-Witaj Marto!-powiedziałam, kiedy weszłam do toalety
-Cześć.
Nagle usłyszałam odbijające się zaklęcia.
-Co tu się dzieje?-spytałam
-Chłopcy się biją.
Wyciągnęłam różdżkę i pobiegłam za ich głosami.
-Potter przestań! Potter przestań natychmiast!-wykrzyknęłam
Harry mnie nie słuchał :(. Nagle zobaczyłam, z kim pojedynkuje się Harry.
-Sectumsempra!-powiedział Potter
Kiedy zaklęcie trafiło Dracon'a (w którym się zauroczyłam) postanowiłam wkroczyć do akcji.
-Expelliarmus!-wytrąciłam i złapałam różdżkę Harrego
Podbiegłam do Malfoy'a. Uklękłam nad nim.
-Vulnera Sanantur vulnera sanantur vulnera sanantur.-wymawiałam, póki nie zagoiły się rany przystojnego chłopca
Draco ciągle leżał nieprzytomny na moich kolanach. Chwyciłam za kołnież Harry'ego i przyciągnęłam go do siebie.
-Słuchaj no uważnie co ci powiem. Malfoy jest najprzystojniejszy w szkole i do tego w moim wieku. Więc radzę ci nie zepsuć jego twarzyczki, bo srogo za to zapłacisz.-powiedziałam cicho
Nagle do łazienki wpadł Snape.
-Co tu się dzieje?-zapytał chłodno
-Ciekawe, Emily użyła tych samych słów gdy tu weszła...-powiedziała Marta, choć nikt jej nie słuchał
-Co po niektórzy nie wiedzą, kiedy stosować zaklęcie Sectumsempra. Jeszcze chwila, a Draco by się wykrwawił.
-Taaak. Emily go uratowała jakimśtam zaklęciem.
Severus spojrzał na mnie pytająco.
-Vulnera Sanantur.-odpowiedziałam
Szłam opustoszałym korytarzem do lochów. Głupi szlaban. Ale było warto. Nie mam nic do mugoli, ale niech wie, że ja jestem czarodziejem. Zapukałam. Usłyszałam warknięcie, które prawdopodobnie było zaproszeniem. Zauważyłam, że w kącie stoi gablota z mieczem Gryffindora. Już go znalazł! Nieprawdopodobne. A jednak nie oddał go Voldemortowi.
Może jednak nie jest zły! Podeszłam do niego w podskokach i przytuliłam tak, jak dobrego przyjaciela, z którym mamy iść na koncert ulubionego zespołu. Nagle na moich ustach pojawił się wielki uśmiech. Byłam szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Szczęśliwa jak nigdy. Pewna wiadomość trafiła mnie jak grom z jasnego nieba. To był ktoś, kogo chciałam przytulać.
-Wysłać sowę do świętego Munga? Czy kompletnie ci się w głowie poprzewracało? Do nauczyciela się przytulasz?! Idź do Longbottoma albo Pottera! Oni w przeciwieństwie do mnie byliby zachwyceni!-zaczął na mnie krzyczeć, co wywołało jeszcze większy uśmiech
-Profesorze, to gnębiwtrysk wleciał mi do ucha i pomieszał w głowie.-powiedziałam-One to często robią.-dodałam z poważną miną
-Gnębi-co? Pod ścianą masz kociołek, tu książka i masz uwarzyć eliksir żywej śmierci.
-Dobrze.
Wow! Tego to się nie spodziewałam. Myślałam, że będę czyścić kociołki, a tu warzenie eliksirów. Toż to nagroda, a nie kara! Zaczęłam gotować. Kiedy tak mieszałam, moje myśli popłynęły w stronę Snape'a.
Nie wiem, dlaczego wszyscy uważają, że jest brzydki. Nie, żebym się znała, ale moim zdaniem jest zabójczo przystojny. Gdybym mogła tam podejść, odgarnąć mu z twarzy te kosmyki opadające z nieładem na oczy. Tak, oczy. Spojrzałam mu w jego piękne, czarne oczy i utopiłam się w nich.
-Skup się na mieszaniu, a nie gapisz się jak sroka w gnat. Ściany nie widziałaś! Ech... zupełnie jakbym rozmawiał z Lovegood.
-Już skończyłam.-odpowiedziałam opanowanie
Sprawdził konsystencję, zapach i wszystko inne.
-Pierwszoroczny puchon wykonałby to zadanie lepiej. Jednakże nie jest aż tak źle, jak się spodziewałem.
-Dziękuję, profesorze.-uśmiechnęłam się promiennie i spojrzałam mu w oczy
-Z czego się cieszysz, wariatko?-zapytał z tym samym wyrazem twarzy co zawsze, jednak teraz widać było, że jest zdziwiony
-Ze słów krytyki.-powiedziałam, uśmiechając się tak, że pojawiły mi się dołeczki w policzkach
-Chyba nie liczyłaś na pochwałę?
-Nie, wiedziałąm, że poszło mi źle.
-Kolejny szlaban jutro o 18.00
-Dobrze. Do widzenia, profesorze.
Byłam już wykąpana i leżałam w łóżku czytając Władcę Pierścieni. Inne dziewczyny już spały, ale nie ja. Lubiłam czytać do późna. Nagle niebo za oknem zrobiło się czarne. Ryknęły pioruny. Wydawało mi się, że śmierciożercy chcą zburzyć zamek. Przeraziłam się. Byłam cały czas w mundurku. Miałam rozpuszczone włosy, które teraz były ciemnobrązowe. Nagle wszystkie światła zgasły. Ściskając książkę wybiegłam z sypialni i pokoju wspólnego. Miałam zamknięte oczy ze strachu. Biegłam na oślep. Uderzyłam głową w ostry róg ściany. Poczułam straszny ból, jakby pękła mi głowa. Poczułam, że krew zpływa mi po twarzy. Otworzyłam jakieś drzwi, potem kolejne i na końcu jeszcze jedne, mniejsze. Weszłam do malutkiego pomieszczenia, które było bardzo małe, tak małe, że ledwo się w nim mieściłam. Poczułam przyjemne łaskotanie. Zrobiło mi się zimno. Pociągnęłam za jedną ze zwisających łaskoczących rzeczy. Przykryłam się materiałem, który znalazł się w mojej ręce. Nie miałam zakładki, więc trzymałam w książce palec, by pamiętać, gdzie skończyłam. Zasnęłam.
*****zmiana*narracji*****
Wszedłem do komnaty. Podszedłem do szafy. Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem skuloną postać przykrytą moją peleryną. Miała całą zakrwawioną twarz.
Boże święty. Skąd się tutaj wzięła Emily?! Dlaczego miała zakrwawioną twarz?! UMARŁA?! Stwierdziłem, że oddycha. Wziąłem ją na ręce. Podszedłem do łóżka i położyłem ją na nim. Popatrzyłem na nią.
No tak, krew! Wziąłem malutki ręczniczek, namoczyłem go i przetarłem jej twarz. Pojąłem jak cudownie wygląda jej śliczna, blada twarz na tle długich do pasa, bardzo ciemnych, brązowych włosów. Odgarnąłem jej grzywkę z czoła. Ujrzałem wielką ranę. Przyniosłem eliksir gojący ranny i wylałem kilka kropel na jej twarz. Po chwili po szramie nie było śladu. Wyjąłem książkę z jej rąk. Otworzyłem na stronie, na której skończyła czytać. Doszła do momentu, kiedy Froda ugryzł ten wielki pająk. Strona była w niektórych miejscach mokra.
Prawdopodobnie przy czytaniu płakała.Wyczarowałem czarną, koronkową zakładkę. I wsadziłem ją do książki. Wyszedłem z pokoju.
*****zmiana*narracji*****
Obudziłam się na pięknym łożu z czarną pościelą. Ściany w komnacie także były czarne. Obok mnie leżała taca z talerzem, na którym był croissant i kubkiem pełnym brązowej cieczy. Leżała tam kartka z dobrze znanym mi pismem. "Masz zjeść śniadanie. Choćby się waliło i paliło masz wypić zawartość kubka. Kiedy przyjdę, zajmę się tobą. " Pochłonęłam croissanta i wzięłam do ręki kubek.
Wygląda jak kakao. Powąchałam. Pachnie jak kakao. To jest kakao! Wypiłam cały kubek i poszukałam wzrokiem książki. Choć pokój był ciemny, to jednak przytulny. Było tam tylko jedno okno. Wstałam z łóżka i poczułam tępy ból w głowie. Podeszłam do okna i otworzyłam je na oścież. Poczułam jak lekki, poranny wiaterek owija mą twarz. Zobaczyłam Giny grającą z Harrym i Ronem w eksplodującego durnia. Pod drzewem siedziała Hermiona i uczyła się eliksirów. Ironia losu. Luna pewnie była w lesie i karmiła testrale. Na moje szczęście parapet był szeroki i mogłam na nim usiąść. Wyczarowałam kartkę i napisałam na niej : "Giny, jestem chora, prawdopodobnie mam pękniętą czaszkę i nie będzie mnie przez kilka dni na zajęciach. Nie martw się o mnie, jestem w dobrych rękach." Złożyłam samolocik, i rzuciłam go w stronę przyjaciółki. Wpadł prosto do jej ręki. Widziałam jak go otwiera i czyta, a potem pokazuje chłopcom. Po chwili podeszła też Hermiona i przeczytała list. Ruszyli do lasu, prawdopodobnie po Lunę. Kiedy cała piątka była razem poszli do skrzydła szpitalnego biorąc ze sobą Neville'a. Kiedy ból w czaszce się wzmocnił wróciłam do łóżka. Wzięłam książkę i powróciłam do lektury.
Gdybym mogła wejść do książki... Przyłożyłabym pająkowi, razem z Frodem wyrzucilibyśmy pierścień, a potem wyszła bym za wspomnianego wcześniej hobbita. Wróciłam myślami do Snape'a. Przecież zachował się cudownie opiekując się mną. Kiedy znalazł mnie w szafie, mógł mnie zawlec za włosy do skrzydła szpitalnego albo dobić jednym zaklęciem, a tu proszę. Położył mnie na JEGO WŁASNYM łóżku, przykrył mnie JEGO WŁASNĄ kołdrą i do tego dał mi jeść. Niewiarygodne. Nagle do komnaty wszedł obiekt mych przemyśleń.
-Jak się czujesz?-zapytał ponuro
-Dziękuję, dobrze, ale strasznie boli mnie głowa.
-Masz pękniętą czaszkę, ale za kilka dni będziesz zdrowa.
AAA!!!! Pęknięta czaszka! Ratunku! Popatrzyłam na niego wielkimi ze strachu i zdziwienia oczami. Nie spodziewałam się pękniętej czaszki.
-Za kilka dni wrócisz do nauki.-uspokoił mnie
Kiedy się obudziłam było już późno. Obok mnie leżało śniadanie. Tym razem były to dwie kanapki z serem brie, jedna z nutellą i miseczka musli z mlekiem.
Boże! Ja tyle nie zjem! Jednakże uprzejmość nakazuje zjeść. Zjadłam. Zauważyłam, że głowa już mnie nie boli. Postanowiłam poczekać z wyprowadzką na Snape'a. Nie zauważyłam kiedy zasnęłam. Obudziłam się bardzo wcześnie. Była 7.45. Za piętnaście minut śniadanie. Zauważyłam nauczyciela krzątającego się po pokoju.
-Dzień dobry!-powiedziałam
-Myślałem, że będziesz tak spała przez sto lat.-wymruczał
-Już wyzdrowiałam, dziękuję za opiekę.-zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć pobiegłam sprintem do swojego pokoju
Po przebraniu się w czyste ubrania ruszyłam do wielkiej sali. Wszyscy już siedzieli na swoich miejscach. Usiadłam obok Giny.
-Gdzie byłaś przez te trzy dni?! Nie było cię w skrzydle szpitalnym?!
-Spokojnie. Byłam w dobrych rękach. Osoba, o której mówię zaopiekowała się mną lepiej, niż zrobiłaby to pani Pomfrey.
-Kto to?
-Tego nie mogę ci powiedzieć.